Tego dnia znów pomocny okazał się ks. Artur, który sprowadził nam... Artura nr. 2, z pochodzenia Ormianina, mieszkającego w Tbilisi. Za niewielkim wynagrodzeniem miał on być naszym kierowcą, przewodnikiem i tłumaczem. Ponieważ to był nasz ostatni dzień w Tbilisi musieliśmy zrezygnować z części zaplanowanych miejsc. Odpuszczamy sobie Sighnaghi i twierdzę Ananuri i zdezelowanym Transitem Artura ruszamy do Dawid Garedży, na stronę azerbejdżańskiej granicy. Za Sagaredżo skręcamy w prawo, na bardzo malowniczą szosę. Artur jest tu po raz pierwszy i każdego napotkanego człowieka pyta o drogę. Ale i o człowieka tu trudno, droga wiedzie przez bezludne półstepowe tereny, które w miarę zbliżania się do Dawid Garedży zmieniają się w półpustynię.
Dopiero w miejscowości Udabno, która wygląda na wymarła udaje nam się spotkać człowieka. Kieruje on nas na właściwą drogę. Asfalt się kończy, zaczyna szutrówka i po kilkunastu kilometrach docieramy wreszcie do celu. Dawid Garedża, kompleks wykutych w skale monastyrów, przedzielony przez azerbejdżańską granicę. Po dłuższej sesji ruszamy na graniczne wzgórze. W dole już leży Azerbejdżan, a widoki jak z Dzikiego Zachodu.
Nagle na przeciwko nam wychodzi dwóch żołnierzy z karabinami. W sumie czuję się trochę niepewnie, granica nie wiadomo, gdzie dokładnie przebiega. Może to azerscy pogranicznicy, którzy nas zamkną? Na szczęście to Gruzini, w dodatku bardzo przyjaźnie do nas nastawieni. Robimy sobie z nimi krótką pogawędkę i sesję zdjęciową - dają nam nawet potrzymać kałasznikowa.
Wracamy do samochodu, żeby udać do kolejnego celu - Mcchety. Polną drogą, niemiłosiernie długą i dziurawą dotarliśmy najpierw do Rustawi - najbrzydszego miasta świata, a następnie przez Tbilisi do gruzińskiego Watykanu - Mcchety. Zwiedzamy tam dwa najważniejsze zabytki - monastyr Dżwari, katedrę Sweti Cchoweli. Na koniec wyruszamy jeszcze go monastyru Sziomgwime, ale prawdopodobnie gubimy drogę, a że jest już popołudnie i nie ma kogo zapytać o drogę - wracamy do Tbilisi.
Po drodze zatrzymujemy się pod Mcchetą na obiad - wyśmienite chinkali i do tego lodowate piwo Kazbegi. Mmm, palce lizać. Artur też pił - jak stwierdził, w Gruzji jedno można... W Tbilisi udajemy się jeszcze na zakupy - kupuję ceramiczną butelkę wina kindzamarauli, która szczelnie opatulona śpiworem towarzyszy nam przez resztę wyprawy.